Zupełna cisza

Wszystko to rozegrało się w zupełnej ciszy. - Co to znaczy?! - wrzasnąłem uczuwszy pod plecami twarde deski. - Nic a nic - odparł znajomy głos. - Nie trzeba się niepokoić, nic wam się nie stanie ani waszym koniom, po prostu... godzina unieruchomienia i odpoczynku nikomu jeszcze nie zaszkodziła, proszę nie krzyczeć, nie pomoże... Usłyszałem, jak ktoś się roześmiał. - Ciii. Bez hałasu - zganił go ten sam głos - dajcie im pooddychać... O co chodziło, zaraz się przekonałem. Na wysokości nosa poczułem czyjeś palce, a później duszna, cuchnąca tkanina worka została rozpruta. Odetchnąłem pełną piersią i wytrzeszczyłem oczy. W izbie było ciemno, jeśli nie brać pod uwagę księżycowego blasku. W tym blasku zdołałem dostrzec czterech ludzi. Jednym z nich był nasz nowy znajomek, pozostała trójka, co było wystarczająco podejrzane, miała twarze zasłonięte chustkami do wysokości oczu i kapelusze mocno wciśnięte na czoło. Po prostu - bandyci. Na kogo tu czyhali? Na nieobecnego farmera? Nie wydało mi się to prawdopodobne.

Przez furtkę .